Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superbohaterzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Superbohaterzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lutego 2016

Przecież znasz moje imię. "Cyngiel śmierci" A. Horowitz

Pojawienie się Bonda zawsze zwiastuje, że ktoś umrze, w końcu zawsze ktoś umiera. Po śmierci Iana Fleminga, Bond jako postać literacka stał się wyzwaniem. Kilku autorów próbowało swoich sił: Sebastian Faulks, Jeffery Deaver, William Boyd. W 2013 roku spadkobiercy Iana Fleminga zwrócili się do Anthony’ego Horowitza, alby kontynuował spuściznę po pisarzu. Horowitz wahał się, bo oprócz zaszczytu i odpowiedzialności takie zadanie wymaga ogromnego talentu. Nie chodzi bowiem tylko o to, by dokonać pastiszu, ale uchwycić charakterystyczną . Mam jednak przed sobą powieść „Cyngiel śmierci”, co oznacza, że Horowitz podjął się wyzwania.  Do napisania tej przygody pisarz Bonda sięgnął naprawdę głęboko, aż do pewnej zapomnianej historii. Fabuła „Cyngla śmierci” bazuje na scenariusza serialu, który miał powstać w Ameryce. Jedno z opowiadań nosiło tytuł „Śmierć na kołach”.  Horowitz nie jest jedynym pisarzem, który po Flemingu pisał o Bondzie, jednak jako jedynemu udało mu się jednocześnie wskrzesić i odświeżyć agenta 007. Horowitz zawarł w swojej powieści 400 500 słów oryginału Fleminga, reszta stanowi doskonałe rozwinięcie uniwersum Bonda o kolejną zapierającą dech w piersiach przygodę.  Jestem bezgraniczną wielbicielką Bonda, który tuż obok Batmana jest jednym z moich ulubionych superbohaterów. Czytanie i słuchanie „Cyngla śmierci” stanowiło dla mnie czystą przyjemność. Myślę, że większą miał tylko sam pisarz, któremu zazdroszczę, że poznał przygodę Bonda jako pierwszy.

wtorek, 12 stycznia 2016

Przybył "Człowiek ze światła"!

Naprawdę długo czekałam, ale w miłości rozłąka sprzyja uczuciu. Otwieram paczkę z wyraźnym podnieceniem i odrobiną niepokoju. Czy dobrze wyglądam? Pytam sama siebie, bo w końcu w środku czeka Bler, a przy superbohaterach trzeba być jakoś ogarniętą. Poprawiam fryzurę. Lidia nie jest już konkurencją. Stała się niedoścignionym wzorem.

Nieważne, że przeczytałam „Człowieka ze światła” już kilka razy w formie elektronicznej. Pewne sprawy trzeba robić klasycznie. Druk to coś zupełnie innego. W końcu zawsze lepiej pomacać, niż tylko popatrzeć. Ale ci co nie mogą pomacać, niech choć popatrzą…