Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezkarnie cytrynowe myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezkarnie cytrynowe myśli. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Życie w czasach przebudzenia


Albatros 2014
To dziwne uczucie, gdy czyta się jedną książkę, a ciągnie do innej :) „Życie i czasy Stephena Kinga” Lisy Rogak bardzo mnie wciągnęły, ale jednocześnie, leżące od niedawna na półce „Przebudzenie”, szeptało do mnie za każdy razem, gdy koło niego przechodziłam. I takim oto sposobem wynikła ciekawa i intrygująca sytuacja. Okazało się, że te dwie książki można, a nawet przydałoby się czytać równocześnie, gdyż „Życie i czasy…” dopełniają „Przebudzenie” .  

Jaki jest nasz stosunek do przeznaczenia? Wierzymy w nie, czy może boimy się go?

czwartek, 18 września 2014

Świat rozpadający się na balony

Wracam myślami do dnia, w którym rozpadł się „mój Montreal”. Ten świat przestał istnieć, a moje wspomnienia o nim są już zakłamane. I z perspektywy tych wielu światów, w których byłam, nie powinno mnie dziwić to, co wodzę. A jednak. Do tego chyba nie można się przyzwyczaić. Po każdej stronie lustra, w każdym świecie zostawiam cząstkę siebie i ta właśnie cząstka umiera, gdy rozpada się kolejny świat. Teraz znów stoję na Ziemiach Jałowych, ale nie czuję pod stopami potłuczonych kawałków lustra, tylko obijające się o moje kostki balony - czyjeś ostatnie oddechy wolności. Jednego się nauczyłam - nie jestem Rolandem, a jedynie pyłem spod jego stóp. Nie jestem odpowiedzialna za wszystkie historię, które czytam. Nie jestem odpowiedzialna za los ich bohaterów. A jednak czuję rozdzierający smutek, gdy odchodzę. Joyland nie trwa wiecznie, to tylko okres przejściowy - powtarzałam to sobie, by nie zapomnieć, ale ani trochę nie złagodziło to bólu, który czuję teraz. Wesołe Miasteczko zawsze opuszczam ze smutkiem.

niedziela, 6 lipca 2014

Najsmaczniejsze są poranki


W końcu, wyczekane wakacje. Z dala od zgiełku miasta, pracy, ludzi i wszystkiego, co absorbujące. Góry mają to do siebie, że odcinają nas od wszystkiego, co zbędę. Pokazują zupełnie nową perspektywę życia, taką, za którą się tęskni, gdy trzeba wracać.

Najsmaczniejsze są poranki: chłodne, okoszone świeżą rosą. Dla mnie mają smak herbaty z miętą i kanapek z białym serem. Po nich przychodzą leniwe popołudnia, wygrzewanie się na słońcu, czytanie, albo spacery po lesie wydłuż potoku, wyprawy szlakami lub dwukilometrowa wędrówka do sklepu :) Czas płynie tu jakoś inaczej, zwalnia i daje tak wiele możliwości. Naglę stajemy się w prosty sposób szczęśliwi, będąc poza tym wszystkim, co do tej pory sprawiało nam szczęście.

czwartek, 19 czerwca 2014

Rzeczywistość bez horroru, to kłamstwo!


Za nami pięknie słoneczny, choć trochę kapryśny, wolny dzień. W moim przypadku był wypełniony całkowitym chilloutem. Kiedyś w końcu trzeba odpocząć nie tylko od pracy, ale i domu :) dlatego najlepiej wyjechać, ciesząc się nicnierobieniem. No chyba, że robieniem grilla :D Sezon w pełni, więc cieszmy się skwierczącym szczęściem. A co najlepiej czytać do grilla? Ja postanowiłam nadrobić zaległości związane z prasówką.


środa, 11 czerwca 2014

Wampir na weselu, czyli czasem od miłości trzeba odpocząć


Każda pasja, jakiej poświęcamy się w życiu, to czas, a jak wiadomo czas jest okrutny, podobnie jak miłość. Koło się zamyka.

W miniony weekend byłam na weselu. Powiem szczerze, że sama siebie zaskoczyłam. Jeśli miałabym wybrać jakieś przyjęcie okolicznościowe, którego unikam jak ognia, to właśnie wesela. Zaczynając od swoich form wizualnych, po wszelkiego typu przejawy zabaw grupowych, po rodzinną żenadę kończąc, nie znoszę wesel. Nie rozumiem ich braku intymności, tak ważnego wydarzenia dla dwojga ludzi. To dzień młodej pary, a cała impreza i tak zawsze jest dopasowana do gości (szczególnie muzycznie). Poza tym finansowo się to nie opłacają, a towarzysko też raczej wiele nie zmienia. Chyba tylko pod względem socjologiczno-psychologicznych obserwacji wesela mogą być ciekawe. Każda taka impreza stanowi plejadę osobowości, co zabawne, zawsze tych samych. Jest Pani, która mimo wieku uważa, że powinna nosić krótkie obcisłe sukienki w rażących kolorach.  Jest też zawsze Pani przodująca w wygibasach na parkiecie, która mocno wierzy, że potrafi tańczyć. No i jest zawsze jakaś ciocia, co ma lub miała ostatnio urodziny. Albo matka obładowana dziećmi, które tacha za sobą jak worki kartofli. Poza tym istnieje jeszcze kilka innych standardowych wyposażeń osobowościowych wesel, ale nie o nich chciałam mówić.  Podczas tego wesela spotkałam nietypową parę. Zwróciłam na nich uwagę przed kościołem. Stali dostojnie w cieniu drzew. Ona w długich wiśniowych włosach pokręconych w loki, które doskonale zgrywały się z ciemną zgniłozieloną sukienką. On również miał długie włoscy o głębokim kolorze czerni. Najbardziej jednak przykuwał uwagę jego strój:  steampankowa marynarka i fenomenalna biała koszula z szerokimi rękawami. To, że nie pasowali do reszty, jest oczywiste, ale nie o brak dopasowania chodziło. Było w nich coś magnetycznego gdy tak siedzieli w najodleglejszym końcu sali i obserwowali. Sposób poruszania się mężczyzny był niezwykle dostojny, płynął a nie szedł. Czy można się zakochać w parze od pierwszego widzenia? Z całym kontekstem perwersyjnym, najwyraźniej tak. Mieliśmy więc co obserwować, tak jak oni nas, tak my ich…

czwartek, 1 maja 2014

Siła z jaką w miastach odradza się maj

Ile jeszcze we mnie wiary
Ile jeszcze we mnie samy sił


Maj, najpiękniejszy miesiąc roku. Odradza się siłą życia, bucha swoim podstępnym żarem – można w nim spłonąć lub rozbłysnąć. Jeśli zaczynać coś od nowa, to tylko w maju, wtedy odwaga jest największa. Wtedy właśnie czuć szaleństwo pod skórą, wołanie wolności gdzieś z oddali. Czy mu ulec ze wszystkim konsekwencjami, czy stłumić szaleństwo delektując się jedynie jego zapachem. W powietrzu unosi się smak nowych wyzwań i radości, jakie mogą przynieść dni. Im dłuższa droga do domu...



niedziela, 16 marca 2014

Przepis na horror ekstremalny


Widziałam wczoraj dziwną rzecz, a właściwie to dwie. Późną wieczorowa porą oglądałam kanał TLC. Troszkę mi się już przysypiało, gdy akurat zaczął lecieć odcinek Moja szokująca historia. Można powiedzieć, że sen prysnął jak kamfora, bo szok był chyba zbyt gwałtowny.

Pierwszy odcinek opowiadał historię kobiety, która przez czterdzieści parę lat nosiła w brzuchu zmumifikowany płód z ciąży pozamacicznej. Pretty weird... ale nie tak bardzo jak losy nietypowego rodzeństwa cierpiącego na zespół Lyella. Jest to niezwykle rzadka choroba skóry i błon śluzowych. Na ciele pojawiają się pęcherze, które pękają powodując oddzielenie się naskórka od tkanek. Przy tej chorobie pacjent może nawet utracić 90% naskórka. Dziewczynka praktycznie nie miała skóry na plecach. Oboje mieli zdeformowane dłonie i zlepione palce. Brat przechodził chorobę jednak nieco łagodniej, mając na ciele jedynie pojedyncze ogniska. Dziewczynka codziennie wstawała o trzeciej nad ranem żeby zmienić opatrunki, ponownie zabandażować ciało i wyszykować się do szkoły. Żyła tylko dzięki comiesięcznym przeszczepom sztucznej skóry. Skórę taką hoduje się z napletków niemowląt. Niestety badania nad tego typu metodami leczenia są kosztowne, a chorych korzystających z takiej skóry jest mało, dlatego przerwano dotację. Jaki los czeka więc rodzeństwo?

piątek, 3 stycznia 2014

Broken Mirror


Jak najlepiej zacząć nowy rok jak nie od stłuczenia lustra. Tak, możecie mi gratulować. Lustro odkleiło się od ściany i pękło, choć nie potłukło się na kawałki. Porażka –

Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach, ale myślę, że są też miejsca szczególnie przesiąknięte pechem. Najwyraźniej nastąpiło jakieś kosmiczne skumulowanie. Czy wierzyć  jednak w przesądy? Siedem lat nieszczęścia to sporo. Nie planowałam tyle nieszczęścia, więc jest mi to nie na rękę. Internetowi szamani twierdzą, że lustra mają wyjątkową moc, gdyż skupiają światło, a to sprowadza bogactwo i szczęście. Przesąd związany z nieszczęściem nie jest taki prosty jak się wydaje. Jedynie stłuczenie magicznego lustra przynosi katastrofę i pecha. Ja nie mam lustra obsydianowego albo z lawy wulkanicznej, więc chyba spoko. Stłuczenie zwykłego lustra, jak szamani mówią, to jedynie kłótnie oraz fałszywy osąd własnej osoby. Hym, zawsze to coś lepiej niż 7 lat nieszczęścia. A i nie przejmujcie się lusterkami z puderniczek itp. bo one są absolutnie neutralne magicznie :D  

W przypadku zwykłego lustra, jeśli potłucze się na kawałki, musimy wszystkie zebrać, zawinąć w lnianą szmatkę (lub czarny papier), obwiązać siedem razy dookoła i zakopać daleko od domu. Ok, jest trochę roboty. Nie wiem jednak czy ktoś zauważył problem następujący: co jeśli lustro się nie potłukło a jedynie pojawiło się na nim pękniecie? Czy to kwalifikuje się jako potłuczenie? No i rodzą się wątpliwości… Magia jest taka niekonkretna J

środa, 1 stycznia 2014

Liryczno-apokalipytczne wspomnienia minionych dni


Rok temu miał nastąpić koniec świata. Nie nastąpił, choć miał być spektakularny. Zapowiadało się ciekawie i liczyłam na coś pomiędzy płonącą i trawiącą wszystko Apokalipsą, poprzez duchowe przeistoczenie się w dniach ciemności, aż po lodową zagładę. Cóż, rozczarowanie, nie można mieć aż tylu atrakcji na raz. Co więc zrobić z życiem jeśli planowało się koniec świata?

Chyba pozostaje żyć. Ale od nowa, tworząc zupełnie inną jakość. Nie składać wszystkiego z rozsypanych kawałków, tylko zostawić za sobą zimny popiół i gdzieś indziej zacząć budować dom od dymu z komina. W końcu Feniks powstaje z popiołów po to, by odfrunąć.

Grecy wierzyli w cykliczność czasu i życia, więc po każdym końcu świata następował początek nowego. Coś o tym wiem. Widziałam jak mój Montreal rozpada się na kawałki, malutkie niczym płatki śniegu, ale to tak naprawdę był popiół, który po chwili znów kruszył się i znikał w otchłani powietrza. Ten świat przestał istnieć i nawet nie śmiem wyobrażać sobie, co działo się dalej, bo mnie już tam nie było.

Zaczytanego NOWEGO ROKU!


No i mamy Nowy Rok 2014. Dni w nim takie same, a jednak jeszcze niezapisane naszą nową historią, czekają. Na co? To już zależy ode mnie, od was. Zostaniecie w swoich Joylandach, czy podejmiecie wyzwanie? Przyśpieszycie, aby dogonić coś przed wami, chyba że zwolnicie by przeczytać dobrą książkę? A może najzwyczajniej zdejmiecie w końcu z serca wielki kamień decydując się na jakieś wielkie wyznanie? Któż to wie, co będzie na jeszcze niezapisanej stronie. 


Czego mogę więc życzyć? Mądrości i wolności ducha oraz aby w nowym roku towarzyszyły wam w życiu same dobre książki. Choć te złe też po coś są, więc ich nie lekceważcie. Czytajcie, żyjcie, bawcie się, przeżywajcie wszystko, co przynosi los. I pamiętajcie, że historie nie kończą się na ostatniej stronie.

 * Zaczytanego Nowego Roku! *


piątek, 27 grudnia 2013

Czy dostaliście swój idealny prezent?


No i po wszystkim, jak to mawiają :) Nie powiem, w tym roku były wspaniałe święta. Musiałam włożyć niewyobrażalnie dużo energii  i czasu (za cenę tego, co może poczekać), żeby tak było, ale się udało. Mam specyficzną wadę (kolejną), że obsesyjnie muszę mieć dopracowane szczegóły wszystkiego. Nie ma więc większego źródła frustracji niż  Boże Narodzenie. Jeśli stroik nie jest idealny, wyrzucam i szukam takiego, który jawił mi się w snach :D  Czyli kolejne poromantyczne zaburzenie osobowości. Okazuje się jednak, że nie musi być idealnie, żeby było cudownie. Ludzie tworzą klimat i jeśli się postarają, to drobne zgryźliwości nie popsują humoru, ale zostaną zepchnięte gdzieś między kapustę, a ości z karpia. A karp był w tym roku wyśmienity!

Wszystko było naprawdę wspaniałe. Choć brakło mi jednej rzeczy: zapachu pomarańczy z goździkami. Cóż, są chyba takie święta, których nie da się powtórzyć, bo i nie ma już tych, którzy przynosili ze sobą ich zapach i smak…

niedziela, 8 grudnia 2013

Okruchy wspomnień i refleksji


Najpiękniejsze są niedzielne poranki w rodzinny domu. Gdy człowiek wyrwie się z całego pędu jaki go otacza na co dzień i znów przez chwilę czuje się tak beztrosko dziecinnie. Nie ma nic bardziej wspaniałego niż gwar rodzinnych poranków.

Siedzę w swoim stary pokoju. Wszystko jest tu takie inne i nie chodzi o to, że nie ma już moich rzeczy, ale o to, że nie ma tu już mnie samej. Kiedyś to miejsce było mną w każdym centymetrze, a teraz jest tylko pokojem dla gości. Nie chodzi o to, że czuję tęsknotę, bo tęskni się za czyś, co się utraciło, a nic jakościowo nie utraciłam. Choć ilościowo, to owszem. Przypomniała mi się bowiem moja stara biblioteczka. Był to mebel z lat 50 należący kiedyś do mojego dziadka. Stał w salonie prezentując dumnie kolekcje opasłych dzieł literatury. Do tego salonu nie wolno było wchodzić, bo wszystko w nim było zbyt kruche i zbyt poważne dla dziecka. Owa biblioteczka była dla mnie magicznym symbolem. Dzięki niej zakochałam się bez pamięci w Kierkegaardzie. Pamiętam pierwsze spotkanie z jego filozofią jakby to było przed chwilą, jakby od tamtej właśnie chwili, czas na jednej z płaszczyzn zatrzymał się. Widzę siebie, niedługo przed rozpoczęciem studiów, trzymającą w dłoniach opasły pierwszy tom ALBO, ALBO. Czuję zapach pożółkłych kartek, szaro-niebieskie tło oładki szumi, jak moje zagubione wtenczas myśli. Segreguje książki po zmarłym dziadku. To, czym najbardziej ubarwił moje wspomnienia z dzieciństwa to fakt, że czułam się w domu jak w magicznej bibliotece. W dzieciństwie często zakradałam się do gabinetu, by z biblioteczki wyjmować najładniejsze książki i bawić się nimi. Przez cały okres szczenięcości studiów, w chwilach osamotnienia i zadumy, podchodziłam do tej biblioteczki, dotykałam zakurzonych książek, chłonęłam ten dziwny, zamknięty w nich zapach. Dotyk biblioteczki budził we mnie uczucie spokoju, ciepła rozgrzewającego od wewnątrz - kiedy mówię o nadziei, myślę o wspomnieniach  [S. Kierkegaard, Albo, albo]. Nie wiem tak do końca, co skłoniło mnie do sięgnięcia właśnie po „Albo, albo”, a już tym bardziej do jej otwarcia, gdyż cały rytuał wspominania opierał się zawsze na dotyku. Jednak tym razem dotyk przekroczył swoje granice stając się odkrywaniem. Nigdy nie zapomnę pierwszych słów jakie przeczytałam, brzmią we mnie jak melodia duszy: Czym jest poeta? Nieszczęśliwym człowiekiem, który kryje w swym sercu głębokie cierpienie, a którego wargi tak są uczynione, że kiedy westchnienia i skargi przelewają się przez nie, brzmią jak piękna muzyka [S. Kierkegaard, Albo, albo]. Pamiętam też doskonale pewne zdanie z mojej pracy magisterskiej: To, co piękne, zawsze będzie wypełnione rozpaczą. Zadziwiające, że zgodziłabym się nadal z tym zdaniem, ale już nie napisałabym takiej samej pracy o Kierkegaardzie. Czy tak wiele się zmieniło?  Rozpacz jest jak mgła, która okrywa ludzkie istnienie. Powoduje zagubienie i niemożliwość pójścia dalej, w końcu od gęstości rozpaczy zależy widoczność drogi, którą mamy podążać. Nie jest to jednak sytuacja beznadziejna, w końcu nawet przez mgłę rozpaczy przebija się światło i jeśli będziemy chcieli je dostrzec, to nadzieja rozproszy ją przed nami i użyjmy to, co było przez nią ukryte. Filozofia Kierkegaarda jest zarazem Rozpaczą jak i Nadzieją, mgłą i drogą. Przede wszystkim jest MOŻLIWOŚCIĄ. Bez dokonywania wyboru „albo, albo” utkwimy w miejscu.

Wiecie co stało się z ową starą biblioteczką? Nie było możliwości żeby zabrać ją do nowego mieszkania. Nie mogłam również jej sprzedać, bo była przesiąknięta „egzystencją”. Postąpiłam więc jak Kierkegaard, który chcąc wydobyć głębie przedmiotu musiał zniszczyć ów przedmiot (szkoda, że z Reginą musiało stać się to samo). Biblioteczka został porąbana i spalona. Brutalne? Nie, nie sadzę. W życiu stare formy przechodzą w nowe. Montreal wmusiła spłonąć, bym mogła wrócić do rzeczywistości. Czasem pewne rzeczy są tak głębokimi symbolami, że powinny pozostać w przeszłości, gdy zaczynamy budować przyszłość.

Dziś siedząc w tym samym pokoju i myśląc o biblioteczce, czuję się naprawdę szczęśliwa.








czwartek, 31 października 2013

Happy Halloween :D


Halloween - narobiłam się sałatek, wydrążyłam dynie, nakupiłam słodyczy, wyprasowałam strój i ogirlandowałam dom, więc pora na imprezę. Mam nadzieję, że wy również będziecie się dobrze bawić. W końcu o to właśnie chodzi. Jedni wypełzają zombicznym krokiem w kierunku pubów i ulicznych pochodów, inni zostają w domu, bo tak bezpieczniej. Ja wychodzę z domu, ale do domu :) W końcu stare koleżanki mają okazje popić w kompletnym gronie, a to rzadkość. Oszczędzę szczegółów bo w pewnym wieku to trochę wstyd…  To co się robi w mroku, pozostaje w mroku.


Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o strasznej książce z okazji dzisiejszego dnia -   Ja wybrałam dobrą grozę PL, czyli "On"  Łukasz Henel.

Pamiętajcie również  – Trick or treat – mężczyznom też coś się należy ;)  znaczy placki dyniowe... 

Jeśli akurat szukacie ciekawego zajęcia, bo akurat domówki nie macie, to zagrajcie w "Rule of Rose" [PS2] albo zobaczcie klimatyczny horror "Trick or Treat" [2008]. Możecie oczywiście poczytać :) właściwie to byłoby nawet wskazane - a tu macie upiornie wiele możliwości :)


Happy Halloween!








PS: nie pijcie za dużo, jutro będą wam się trząść ręce przy zapalaniu zniczy  ^^