Rok
temu miał nastąpić koniec świata. Nie nastąpił, choć miał być spektakularny.
Zapowiadało się ciekawie i liczyłam na coś pomiędzy płonącą i trawiącą wszystko
Apokalipsą, poprzez duchowe przeistoczenie się w dniach ciemności, aż po lodową
zagładę. Cóż, rozczarowanie, nie można mieć aż tylu atrakcji na raz. Co więc
zrobić z życiem jeśli planowało się koniec świata?
Chyba
pozostaje żyć. Ale od nowa, tworząc zupełnie inną jakość. Nie składać
wszystkiego z rozsypanych kawałków, tylko zostawić za sobą zimny popiół i
gdzieś indziej zacząć budować dom od dymu z komina. W końcu Feniks powstaje z popiołów po to, by odfrunąć.
Grecy
wierzyli w cykliczność czasu i życia, więc po każdym końcu świata następował
początek nowego. Coś o tym wiem. Widziałam jak mój Montreal rozpada się na kawałki, malutkie niczym płatki śniegu,
ale to tak naprawdę był popiół, który po chwili znów kruszył się i znikał w
otchłani powietrza. Ten świat przestał istnieć i nawet nie śmiem wyobrażać
sobie, co działo się dalej, bo mnie już tam nie było.